Największe filmowe rozczarowania 2016 według redakcji Filmowo

Alicja Hermanowicz

1. Ben Hur

Zupełnie nikomu niepotrzebny remake arcydzieła sprzed lat. Nie wnosi nic odkrywczego do znanej historii Judy Ben Hura, a ponadto niepotrzebnie ją osładza typowo hollywoodzkim happy-endem. Już nie wspominając o tym, że odtwórca głównej roli wygląda przy Charlstonie Hestonie żałośnie i nijako.

 

2. Neon Demon

Zupełnie nie kupuję stylistyki Refna, a jego najnowszy film to dla mnie jedynie atrakcyjny wizualnie teledysk, który jest za długi o jakieś 105 minut.

 

 3. Historia Roja

Doceniam niezłomny upór Zalewskiego, który doprowadził do powstania tej produkcji, jednak biorąc pod uwagę kiepski efekt finalny, uważam że taśma z filmem moglaby jeszcze kilka lat poleżeć w archiwum. Koszmarne aktorstwo naturszczyków, niechlujny montaż i jedne z najgorszych scen miłosnych w historii kina polskiego.

 

 4. Spotlight

Miał być społecznie zaangażowany i szokujący, a jest tendencyjny, do bólu stereotypowy i (co najgorsze) po prostu nudny. Niejako na marginesie warto przypomnieć, że pedofilia występuje  nie tylko w środowisku księży, jednak widocznie trudno się oprzeć przypuszczaniu kolejnego ataku na kościół katolicki. Odkąd "Spotlight'' otrzymało Oscara, poważnie obawiam się o gust członków Akademii, bo to najsłabszy film wśród wszystkich nominowanych. Jak widać nie liczy się już warsztat, a wzbudzanie na siłę kontrowersji.

 

5. Ave, Cezar!

Przekombinowany i przegadany. Zlepek kilkunastu scenek/skeczy, które same w sobie są  całkiem zabawne, jednak zostały połączone bez żadnego ładu i składu, dzięki czemu film  przypomina przydługi żart bez puenty. Wszystko razem daje wrażenie niezamierzonego chaosu, nad którym bracia Coen w pewnym momencie stracili panowanie.

 

6. Królowa Pustyni

Dzieło Herzoga jak zwykle urzeka pięknem natury, jednak zawodzi, gdy na ekranie pojawiają się ludzie. Film niestety mocno nuży, a narracja ciągnie się momentami niczym obładowany dromader na pustyni. Nicole Kidman - zimna, wyniosła i zbotoksowana zupełnie nie sprawdza się w roli Getrude Bell.

 

7. Śmietanka towarzyska

Z ogromnym smutkiem dodaję "Śmietankę towarzyską" do listy moich rozczarowań, choć jestem wręcz bezkrytyczną fanką Allena. Trudno powiedzieć czy to ze względu na kiepską obsadę z aktorskim drewnem-Kirsten Stewart na czele i nijaką (choć oszałamiająco piękną) Blake Lively, czy za brak przewrotnej puenty i błyskotliwych dialogów, za które tak cenię reżysera "Annie Hall". Nie zmienia to faktu, że i tak będe czekać na kolejny film mojego ulubionego Nowojorczyka.

 

8. Nienasyceni

Kolejny słaby, niepotrzebny remake. Mam ogromny sentyment do pierwowzoru - "Basenu" z Alainem Delonem i Romy Schneider, który był uroczy, pełen niedopowiedzeń i posiadał cudowną ścieżkę dzwiękową (z piosenką Sally Stephens "Ask yourself why" na czele) i uważam, że "Nienasyceni" się do niego nie umywają. Swojska Dakota Johnson zamiast pięknej i enigmatycznej Jane Birkin? Wolne żarty.

______________________________________________________________________________________________________________________________

Marta Ossowska

1. Smoleńsk

Antoni Krauze, poszukując prawdy na temat wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r.  posunął się odrobinę zbyt daleko, bo przy okazji oczernił środowisko dziennikarskie i prostych obywateli, którzy przeżywali swoją rozpacz przed pałacem prezydenckim. W dodatku jako twór filmowy „Smoleńsk” jest koszmarnie napisany, zagrany i zmontowany, więc nie jest w stanie obronić się pod żadnym względem. Pozostaje zadać sobie pytanie, czy nie wstyd nam takiego oblicza polskiego kina historycznego?

 

2. Historia Roja

W połączeniu z wyżej wspomnianym “Smoleńskiem” film pokazuje w jakim kierunku zmierza obecnie  kino narodowe. A ja, jak i wielu polskich widzów, jestem zatrwożona tą wizją przyszłości. Skoro reżyser stara się nam wmówić, że “Historia Roja” to jedyny słuszny obraz patriotyzmu, a jest to wizja jednowymiarowa, to nawet pozostałe walory filmu nie mogłyby zamazać tego złego wrażenia. Jednak o jakichkolwiek walorach ciężko w tym przypadku mówić. Beznadziejna praca kamery, niespójny montaż i scenariusz ze zbyt mocnym zaangażowaniem odtwórcy głównej roli (amatora, a tak naprawdę muzyka i syna reżysera Krzysztofa Zalewskiego), skutecznie zniechęcają do wytrwania do końca filmu.

 

3. Bang Gang

Obraz rozpustnej młodzieży, która bezmyślnie bawi się w erotyczne zabawy i transmituje je w internecie być może jest bliska dzisiejszym patologicznym zjawiskom, ale zakończenie, na które zdecydowali się twórcy „Bang Gangu” całkowicie rozgrzesza te nieodpowiedzialne zachowania i daje bohaterom możliwość nowego startu. Nie zadając sobie pytania jaki wpływ na ich psychikę będą miały pierwsze kontakty seksualne obnażające ich intymność przed gronem nieznajomych film pozbawiony zostaje jakiegokolwiek sensu, chyba że głównym zamierzeniem było promowanie rozwiązłości seksualnej wśród młodej widowni.

 

4. Zanim się pojawiłeś

Przyzwyczajono nas, że od filmów z etykietą romansu nie można się spodziewać zbyt wiele, ale twórcy “Zanim się pojawiłeś” nie przekroczyli wszelkich minimalnych progów moich oczekiwań. Tym bardziej jestem w szoku, że ekranizacja popularnej książki znalazła wielu zachwyconych odbiorców. Aktorstwo Emilii Clarke w tym filmie woła o pomstę do nieba. Nadużywanie mimiki twarzy w połączeniu z kreacją słodkiej, infantylnej dziewczyny skonfrontowane z nadmiernie poważnym młodym mężczyzną marzącym o eutanazji daje efekt karykaturalny, który jest nie do przyjęcia.

 

5. Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości

Podobnie jak wielu fanów superbohaterskich blockbusterów nie widzę sensu powstania tego filmu. Wygenerowanie sztucznego konfliktu pomiędzy Batmanem a Supermanem od samego początku pachnie chęcią zarobienia dużych pieniędzy łatwym kosztem. Okazało się, że widownia nie jest aż tak łatwowierna, przez co “Batman vs Superman: Świt sprawiedliwości” stał się kasową klapą. Tak naprawdę twórcy mieli szansę obronić swój pomysł, gdyby skupili się na dopracowaniu scenariusza, a nie nadaniem jak największej ilości efektów specjalnych.

 

6. Ghostbusters. Pogromcy duchów

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie sensownego remake’u jakiegokolwiek filmu, więc i w przypadku “Ghostbusters. Pogromcy duchów” będę stronnicza. W ramach odświeżenia fabuły wymieniono całą główną obsadę męską na żeńską z zachowaniem jednego rodzynka w postaci przystojnego i okropnie tępego blondyna pracującego jak sekretarz. Mam przez to rozumieć, że twórcy uważają seksizm za pojęcie negatywne wyłącznie w stosunku do kobiet? Antyfeministyczna grupa bohaterek dodała do dobrze już znanej historii prymitywny humor, który przelał czarę goryczy. Szczególnie fani oryginalnej wersji filmu powinni wystrzegać się tegorocznego remake’u za wszelką cenę.

 

7. #Wszystkogra

W ostatnich latach na polskim rynku filmowym pojawiło się kilka udanych produkcji muzycznych (“Disco polo”, “Córki dancingu”, “Polskie gówno), ale tak naprawdę wciąż czuć potrzebę solidnego musicalu. Gdy reżyserka teatralna Agnieszka Glińska ogłosiła, że będzie nad takowym pracować pojawiła się iskierka nadziei. Niestety “#Wszystko gra” to miszmasz w miarę udanych aranżacji dawnych szlagierów z zupełnym brakiem scenariusza. A posiadając w zanadrzu tak dobre aktorki jak Stanisława Celińska i Kinga Preis i nie wykorzystując drzemiącej w nich energii to grzech śmiertelny!

 

8. Legion samobójców

Wielu widzów czekało na kontynuację losów złowrogiego Jokera. Okazało się, że kreacja nieżyjącego już Heatha Ledgera jest nie do zastąpienia, pomimo pozytywnych oczekiwań ze strony nowego odtwórcy Jokera - Jareda Leto. W całym “Legionie samobójców” Joker stał się postacią poboczną, a twórcy skupili się na opowiedzeniu działań nieznanych nam dotąd bohaterów, którzy nie potrafili na dłużej przyciągnąć uwagi widowni. Największy zmarnowany potencjał 2016 roku.

 

9. Neon Demon

Nicolas Winding Refn to postać osobliwa, która zachwyciła miliony fanów filmem “Drive”, aby zaraz potem zniesmaczyć “Tylko Bóg wybacza”. Trzeba przyznać temu reżyserowi jedno - jest wizualnym fetyszystą. Dbałość o detale, piękne kadry skomponowane z wyrafinowaną muzyką to jego znaki szczególne, które miały okazję wybrzmieć również w najnowszym filmie “Neon Demon”. Jednakże wizja ekscytowania się spaczonym pojęciem piękna odrzucila mnie na tyle mocno, że ciężko było wytrwać mi do końca filmu. Zapewne i ten efekt był zamierzony, niemniej nie rozumiem idei powstawania tego typu dzieł.

 

10. Śmietanka towarzyska

To smutne, ale w tym roku w pełni przekonałam się do myśli - Woody Allen się skończył. 80-letni reżyser przez dziesiątki lat potrafił bawić, intrygować, zmuszać do intelektualnej zabawy rzesze widzów na całym świecie, jednak od czasu “Zakochanych w Rzymie” (poza dramatem “Blue Jasmine”) każdy seans allenowskiego filmu uznawałam za stratę czasu. Mierne aktorki takie jak Kristen Steward i Emma Stone nie miały szans stać się muzami na miarę dawnych arcydzieł z udziałem Mii Farrow czy Diane Keaton. Może warto by było, aby Allen zastanowił się czy nie warto zakończyć już swojej filmowej działalności?

______________________________________________________________________________________________________________________________

Maciej Cichosz

NAJGORSZE FILMY 2016

 

1. „Co ty wiesz o swoim dziadku?”

Najgorszym doświadczeniem filmowym było dla mnie „Co ty wiesz o swoim dziadku?”. Z paru względów – przede wszystkim jest to najniższy upadek, jaki mogliśmy sobie wyobrazić dla tak wyśmienitego aktora jak Robert De Niro. Z „Ojca chrzestnego” przez „Wściekłego byka” i  „Gorączkę” do filmu, w którym gra dziadka, który musi poruchać. Fabuła jest kompletnie nieistotna, aktorstwo mniej niż znośne. Film stworzony tylko po to, aby się pośmiać z Roberta De Niro, który musi dać upust swojemu popędowi. Żenada.

 

2. „Bogowie Egiptu”

Kiedy fabuła jest słaba, to zwracamy się w kierunku innych wartości filmowych. Zdjęcia, efekty specjalne, aktorstwo, cokolwiek. W „Bogach Egiptu” leży wszystko. A najbardziej w oczy rzuca się przesyt niskiej jakości efektów specjalnych. Oczy tak bolą, że trzeba je zamykać. A jak tu film teraz oglądać?

 

3. „Jak zostać kotem?”

Jakim cudem w ten film zaangażowano takie gwiazdy jak Kevin Spacey, Christopher Walken i Jennifer Garner? Tom Brand w wypadku zostaje zamieniony w kota i musi znaleźć lepszą stronę siebie, aby się uwolnić… Eh, już widziałem. Ale to nie tylko słaba historia, ale również słabe wykonanie. Wyżej wymienione gwiazdy tu występują, ale to zwykła reklama, bo nic lepszego w filmie nie mają do roboty.

 

4. „Underworld: Wojny krwi”

„Underworld” ma ten sam problem co „Niezgodna”: jakość spada po równi pochyłej. Tylko, że „Underworld” ma przewagę dwóch filmów w serii. Historia Selene stała się opowieścią godną opery mydlanej, a do produkcji zatrudniani są ludzie, którzy zupełnie nie znają się na swoim fachu.

 

5. „Seria Niezgodna: Wierna"

„Seria Niezgodna” zaczęła z dość wysokiego pułapu. Pierwsza część nie była najgorsza - wprowadzała nową bohaterkę, która miała coś do powiedzenia. Z każdym kolejnym filmem jest gorzej. Fabuły jest mniej i mniej, kunsztu reżyserskiego jak na lekarstwo, aktorzy już nawet nie mają ochoty na granie. Czy kogoś dziwi, że ostatnia część trafiła w limbo produkcyjne? Chodzą pogłoski, że ostatnią część mają przerobić na serial! Bez ogródek. Jest źle.

 

6. „Londyn w ogniu”

Nie oczekiwałem wiele po tym filmie. Widziałem pierwszą część i nie zapowiadało się, by w drugiej było inaczej. Znowu ścigają prezydenta, Mike Banning zabija niczym ninja, a efekty specjalne zrobione w Adobe AfterEffects. Ot typowy akcyjniak bez historii.

 

7. „Dzień Niepodległości: Odrodzenie”

Jak zepsuć dzieciństwo tysięcy dorosłych? Wziąć ich ulubioną zabawkę z minionych lat, przystroić w nowe ubranka i na ich oczach zrzucić na ziemię… z dziesiątego piętra. Roland Emmerich zrobił to samo z „Dniem Niepodległości”. Powstał film, który żerował na sukcesie pierwszej części. Nie wprowadził nic nowego, a dialogi były na poziomie filmów klasy B. Ale były za to ładne wybuchy.

 

8. „Legion samobójców”

„Legion samobójców” został wysłany z misją podniesienia uniwersum DC na wyżyny. Poległ. Sromotnie. To jeden z tych filmów, w których za porażkę zaczynają się obwiniać władze studia i twórcy. Co poszło nie tak? Przede wszystkim niedokończony produkt, za co odpowiedzialni są wszyscy. Warner Bros wysłał „Legion samobójców” na misję samobójczą.

 

9. „Planeta Singli”

Przy tym tytule może spaść na mnie fala krytyki. No nie podobał mi się. Uważam, że Mitja Okorn za bardzo żerował na amerykańskim stylu opowieści, który w polskich realiach wyszedł sztucznie i wymuszenie.

 

10. „Siostry”

W rolach głównych występują Amy Poehler i Tina Fey – megagwiazdy komediowego świata i tak bliskie przyjaciółki, że traktują się jak własne siostry. Zagrały w filmie „Siostry”, grając swoje siostry. Oczekiwałem fajnej komedii, która może mieć coś do zaoferowania. Ale była sztampowa, zwyczajna komedyjka o imprezkach i seksie.

 

Największe rozczarowania:

 

1. „Legion samobójców”

Z kina z „Batmana v Supermana” wyszedłem względnie zadowolony, nie był to film wybitny, a szkoda, ale nie był najgorszy. Scena z „Marthą” mnie nie raziła, ale mimo wszystko „Legion samobójców” typowano na Deadpoola DC – film, który nie tylko odświeży, ale również przyciągnie jeszcze większe rzesze fanów. Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy okazało się, że otrzymaliśmy niedokończony produkt, zawierający szczątki fabuły i namnożenie błędów technicznych. A złoczyńca? Jak zawsze używa niebieski promień wystrzelony w nieboskłon.

 

2. „Inferno”

Od niepamiętnych czasów lubiłem dobrą tajemnicę. Kiedy pierwszy raz oglądałem „Kod Da Vinci”, czy „Anioły i demony” byłem zafascynowany historią i tym, jak została ona zaprezentowana, wciąż będąc świadomy tego, że dużo zostało okrojone z oryginalnego materiału. Niestety „Inferno” jest stworzone w zupełnie innym stylu, choć wyreżyserowane po raz kolejny przez Rona Howarda. Największym rozczarowaniem była dla mnie muzyka Hansa Zimmera, która nie wprowadza widza w klimat, jest wtórna oraz ma tak mocno zmienioną aranżację, że jest cieniem takich hitów jak „Chevaliers de Sangreal” czy „160 BPM”.

 

3. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”

Na ten film czekano od paru lat. „Harry Potter” ma fanów na całym globie i to miliony. Za scenariusz odpowiadała autorka magicznego świata – J.K. Rowling i żałuje, że nie był to kto inny. To aż niepodobne do niej, że jej twór jest całkowicie pozbawiony magii i postaci, które kochamy. Jest to film, który się ogląda ze względną przyjemnością, ale nie z miłością i jest ku temu mnóstwo powodów.

 

4. „Planeta Singli”

Chwilę po obejrzeniu „Listów do M.” sięgnąłem po „Planetę Singli”. Oceny znajomych oraz poprzednia produkcja zachęcały do skrupulatnego obejrzenia. W paru słowach, rozczarowałem się. Wiem, że nie jest to komedia najwyższych lotów, ot taka podróbka zagranicznych, ale efekt końcowy Mitji Okorna to bardziej karykatura, aniżeli samodzielny twór, który cieszy pod każdym względem. Dialogi i scenariusz były koszmarne (nikt tak nie mówi, ani się nie zachowuje!).

 

5. „Psy mafii”

Wiązałem wielkie nadzieje z reżyserem Johnem Hillcoatem. Nakręcił w swojej karierze parę świetnych filmów. Na film „Psy mafii”, którego w obsadzie mogliśmy zobaczyć Winslett, Ejiofora, Harrelsona i Afflecka, czekałem jak na święta. Okazało się, że Hillcoat zupełnie nie poradził sobie z materiałem scenariusza, który był niepotrzebnie skomplikowany i udramatyzowany na siłę.

 

6. „Ghostbusters. Pogromcy duchów”

Ja to wszystko rozumiem. Jest tylu fajnych kultowych bohaterów, którzy są facetami. Mało jest kobiecych bohaterów z krwi i kości, ale proszę nie róbcie tego, co zrobili twórcy „Ghostbusters. Pogromcy duchów”. Paul Feig i studio Sony wzięli w obroty kult naszego dzieciństwa i zrobili z tego wyzutą papkę bez ładu i składu, ani bez ducha oryginalnej serii. Nastaje też pytanie: to była kontynuacja czy restart serii?

 

7. „X-Men: Apocalypse”

Wielu z nas przyzna, że „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” postawiło wysoko poprzeczkę dla całej serii. Brian Singer ocalił X-Menów przed upadkiem, a swoją wizję chciał kontynuować w „Apocalypse”. I znów się zepsuło. Złoczyńca bez duszy, scenariusz z dziurami i niezbyt trafne rozwiązania fabularne (Polaków to już mogli zatrudnić takich, którzy gadają normalnie po polsku, a nie jak trzecie pokolenie Włodka z Chicago). Ot taki żer dla mas i popkultury.

 

8. „Jack Reacher: Nigdy nie wracaj”

Kiedy w 2012 roku na horyzoncie filmów akcji pojawił się bohater zwany Jackiem Reacherem, świat od razu polubił nowego kozaka w tym polu. Pierwsza część to mięsiste kino akcji, oczekiwania względem drugiej oczywiście wzrosły. I niestety zawiedliśmy się. „Nigdy nie wracaj” postawia Reachera w kręgu filmów, które zrobiono nie dla tego, że był pomysł na fabułę i realizację, ale ze względu na to, że trzeba kuć żelazo póki gorące.

 

9. „Jason Bourne”

Oczekiwania względem tego filmu były mniejsze niż przy „Dziedzictwie Bourne’a”. Pierwsza trylogia „Bourne’a” zapewniła niezwykłą akcję, która przyspieszała bicie serca. Na wieść o powrocie do roli Matta Damona nasze serca również zabiły szybciej. Okazało się, że „Jason Bourne” to widmo przeszłości – najlepszych fragmentów poprzednich części posklejanych do kupy, aby dać jakiekolwiek wrażenie fabuły.

 

10. „Pasażerowie”

Obiecano nam najlepszą kosmiczną rozrywkę roku. W rolach głównych bożyszcza dzisiejszych nastolatków: Jennifer Lawrence i Chris Pratt. Co mogło pójść źle? „Pasażerowie” są bardzo ładnym filmem od strony wizualnej, lecz dzieło legło w gruzach pod względem koncepcyjnym. Film, którego główną osią fabularną jest samotność jednego człowieka, który w przypływie desperacji wybudza z hibernacji najpiękniejsze stworzenie na ziemi (cóż, przynajmniej na tym statku) to tylko napędzanie chłopięcych fantazji.

______________________________________________________________________________________________________________________________

Filip Cwojdzinski

1. Zjednoczone stany miłości

Wasilewskiemu powinno się odebrać kamerę. Dożywotnio.

 

2. Historia Roja

"Historia Roja" uosabia wszystko, co charakterystyczne, a zarazem najgorsze w polskim kinie historycznym: koszmarnie nierealistyczne dialogi (ze wskazaniem na zacietrzewiony, a przez to komiczny patriotyzm), lichy scenariusz, papierowa psychologia postaci, brak choćby cienia zagwozdki moralnej (w ogóle bohaterowie nigdy nie myślą, tylko robią - niczym maszyny do zabijania/bronienia od razu wiedzą kto, jak, gdzie, dlaczego i po co), a nade wszystko druzgocząca schematyczność (w tym polityczna tendencyjność) właściwie każdego aspektu produkcji oraz nieczytelność fabuły.

 

3. Osobliwy dom Pani Peregrine

Burtonowi może nie należy jeszcze zabierać kamery na zawsze, ale znacznie ograniczyć do niej dostęp. Chyba najgorszy jego obraz w karierze, a na pewno najbardziej zbędny twór.

 

4. Kosmos

Niektórych książek najwyraźniej nie powinno się przekładać na kinematografię. I aby dojść do tego wniosku nawet nie trzeba sięgać po gombrowiczowski oryginał, gdyż żuławska przegadana trawestacja mówi (nomen omen) sama za siebie. Dużo za dużo.

 

5. Pasolini

"Pasolini" trafił do rozczarowań nawet nie tyle za coś wybitnie złego, a raczej za to, że nie reprezentuje sobą kompletnie nic dobrego, czy choćby interesującego.

 

6. Lobster

Chłodna stylistyka oraz umyślnie beznamiętne dialogi i nienaturalne aktorstwo powinny  intrygować widza, lecz go tylko otumaniają, a nietuzinkowy pomysł wyjściowy nie otrzymuje adekwatnego rozwinięcia w drugiej połowie przydługiego seansu.

 

7. Neon Demon

Wielka Symbolika Wszystkiego przysłania Wszystko. Kolejny intrygujący wizualnie bełkot twórcy "Tylko Bóg Wybacza".

 

8. Ave, Cezar!

Nie bardzo wiadomo (o) czym "Ave, Cezar!" jest. Może i miało być „ciekawie”, „eksperymentalnie”, wręcz „postmodernistycznie”, lecz wyszło zgoła niedorzecznie. "Ave, Cezar!" to film wyłącznie dla sentymentalnych maniaków samego medium kina – niewtajemniczeni go „nie załapią” to raz, a dwa, że przypuszczalnie zanudzą się niestandardową konwencją tej satyry. Coenowie zaproponowali tym razem przewrotną, efekciarską błyskotkę (z prześwietlonymi kadrami na miarę lat 50.) pozbawioną najmniejszego przesłania zamiast filmu z wyraźnym kręgosłupem fabularnym.

 

9. Janis

Choć rozmówcy pozornie odsłaniają wiele aspektów osobowości artystki, ich spostrzeżenia wydają się mało wnikliwe. Joplin uciekała przed szarym, samotnym żywotem w świat muzyki i podobnie jest w filmie - wydaje się, że prawda o Jej życiu wewnętrznym również wymknęła się reżyserce. Niedosyt.

 

10. Creed. Narodziny legendy/Deadpool

Jeżeli brać wcześniejsze części Rocky’ego jako wzorzec, „Creed” nie jest udaną kontynuacją. Film zbyt schlebia gustom młodszej widowni. Sentymentalny czar prysł: Coogler pozbawił swe dzieło ujmującego, pociesznego klimatu wcześniejszych części.

"Deadpool" zapowiadał się na nowy rozdział w kinie superbohaterskim, a dostaliśmy tylko gimbazjalny humor.